Ogłoszenie

Niestety sezon pomału dobiega końca...sporo z nas jeszcze jeździ...pogoda sprzyja :) a zimą będzie czas na rozmowy na forum i dłubanie przy sprzętach

#1 2015-05-10 23:19:03

 mztka

Użytkownik

Zarejestrowany: 2014-09-17
Posty: 154
Punktów :   

Rozdziewiczenie w Bieszczadach.

Hej
Postanowiłem, po raz pierwszy, podzielić się moją wyprawą z innymi. Stało się tak ze względu na to, że niestety doszło do pewnego rodzaju rozdziewiczenia. Enjoy! życzę miłej lektury i mam nadzieję, że będziecie wytrwali!
LwG

Generalnie wypadało by coś więcej powiedzieć o sobie, bo udzielam się na forum i na fb jednak bez większego przedstawienia. Taką mam naturę. Po tym tekście zapewne będziecie mogli mnie lepiej poznać i ocenić.

Dalsze wyprawy zazwyczaj odbywam wraz z moją aktualną partnerką (nawet podczas ostatniej wyprawy okazało się, że ta aktualizacja trwa już blisko 7 lat- baby i ich naprowadzanie na temat…) Nawinęliśmy razem już kilka ładnych tysięcy  km. Początki były zaskakująco dobre. Nasze moto-spajanie szło naprawę dobrze. Świetnie łapała wskazówki, nie odwalała, słuchała (o dziwo) ogólnie chłonęła wiedzę jak pampers niemowlęce siuśki. Wpierw (jakieś 5 lat temu) było to głównie latanie w koło komina, lansowanko i te sprawy. Załapała bakcyla. Nawet sama zaczęła jeździć (nauczyłem ją jeździć Ogarem 900 jej brata). Szczerze, nie godziłem się na dalsze wyprawy ze względu na jej ówczesne braki sprzętowe. Jednak wszystko nabrało większego rozpędu po tym, jak pękłem i zabrałem ją jakieś 3 lata temu na jej pierwszy „zlot”. Padło na rozpoczęcie sezonu w Rzeszowie (trip jakieś 200km). Po tym zaczęła się zbroić na potęgę. W końcu zebrała strój, a ja  godziłem się ją wozić na dalsze trasy. Tak się zaczęło. Generalnie z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że jeździ ŚWIETNIE. Mimo, że lata jako plecaczek to jest prawdziwą MOTOCYKLISTKĄ. Nie wyobrażam sobie lepszego plecaczka. Wszystko doszło do tego stopnia, że przyznaje się otwarcie -jazda samemu nie daje mi tyle frajdy.

Skoro zacząłem opis od najpiękniejszych części naszego układu, to będę to kontynuował i opiszę kolejną składową naszego trio. Mianowicie jest to nasza maszyna. Motocykl mogło by się wydawać wcale nie turystyczny, a z przeznaczenia… miejski fighter (uważa się, że to właśnie on zapoczątkował określenie golas- naked bike). Jednak wiadomo, stereotypy są po to, żeby je łamać. Jeździmy i kochamy się bez pamięci w Zephyrze 550 z 1993r. (oby z wzajemnością). Najmniejszy i najsłabszy z Zephyrów, ale o dziwo wcale nie wyglądamy, jak byśmy jeździli na psie (nawet mimo naszych postur (ona 174cm, ja 194cm, Zephyr 210-215cm). Moc? Mało? Nie wiem. Zależy dla kogo, jeśli ktoś jest mistrzem prostych może czuć braki, ja nie odczuwam nawet z pasażerem. Może to moja dewiacja , ale jeździłem różnymi maszynami i możecie wierzyć lub nie, lecz te niby katalogowe 50 kucy tutaj są mocniejsze niż nie jedna setka (sam się dziwie). Może to za sprawą 4 garów i opcjonalnego tłumika Laser’a, dzięki którym wrażenia akustyczne potęguje doznania (no ok podobno jest jeszcze dodatkowo dłubnięty -na hamownie nie brałem i nie zamierzam). Zephyr na aktualny stan jest przygotowany do dalekich bezpiecznych wypraw. Prawie wszystkie elementy eksploatacyjne są nowe (klocki, gumy, napęd). Dbam o niego w miarę możliwości finansowych i moich umiejętności. Nie ma co się oszukiwać jego stan to moje, ba nawet nasze, zdrowie i ŻYCIE!. Jako turystyczna maszyna jest naprawdę super. Możecie mówić co chcecie, pozycja mi bardzo odpowiada i pozwala na wiele, tak samo jak i plecaczkowi (na pewno, jest to zasługa zmodyfikowanej kanapy). Generalnie motocykl jest bardzo dobrze doinwestowany. Jeśli chodzi o charakter wyprawowy ma jednak jedną wadę. We dwójkę z pełnym bagażem tylne zawieszenie lubi dobijać na nierównościach. Już nauczyłem się z tym żyć, ale jak spotkam pasujące mocniejsze amortyzatory to chyba wymienię (chociaż nie jestem przekonany, gdyż nie chcę za bardzo ingerować w geometrię motocykla i jego zachowanie, bo z aktualnych jestem mega zadowolony).

Jestem Wam winien jeszcze kilka słów o mnie. Pasjonuje się jazdą na 2 kółkach od małego (balans ciałem to od zawsze jest to!). U mnie w domu 2OO były i są często wybieranym i lubianym środkiem lokomocji. Za młodu moi Rodzice swoje natłukli się na Ogarze (nawet do tego stopnia, że mieli do niego przyczepkę). Mój Tato nie ma prawo jazdy na motocykl, jego nigdy nie rajcowała moc ani możliwości (tyczy się to 2OO bo z 4 to już różnie z jego temperamentem bywa). Generalnie lubi spokojną jazdę z punktu a do punktu b, delektować się każdym kilometrem -jak on to nazywa „płynąć”. Natomiast co ciekawe, moja Mama to jest niezłe „ziółko” od najmłodszych lat miała styczność z dużymi motocyklami (Dziadek -jej ojciec- pasjonat- Jawy, Cezety, Gazele, Junaki, MZ-ty i wiele, wiele innych od małego u niej w domu się przewijały, więc i swoje się natłukła jako faworyzowana córcia tatusia). W skrócie wszystko do tego stopnia, że moja mama jeździła nie tylko jako plecaczek, ale nawet (po latach jazdy bez) zrobiła prawo jazdy na motocykl ( co ciekawe to robiła je, kiedy była w ciąży- więc benzynę mam we krwi i pierwsze prawo jazdy też). Mnie jednak mimo wszystko do jazdy zaszczepił Ojciec. Nauczył podstaw mechaniki, która w moim mniemaniu pozwala lepiej i mniej awaryjnie użytkować wiele sprzętów. Od najmłodszych lat wykazywałem się największym wzrostem na tle rówieśników i dzięki temu, jak już byłem w stanie dostać od kanapy do pedałów w Ogarze to go dostałem. Ogar stał kilka lat w garażu i cierpliwie czekał (też takiego przechowuje dla mojego syna), aż do niego dorosnę(nigdy nie zapomnę chwili, kiedy jako młody, zafascynowany dzieciak byłem świadkiem jego odpalenia po kilku latach postoju –wprawił w ogromne zdziwienie wszystkich, kiedy odpalił od pierwszego kopa, jak by powiedział: Tak! Kur…! Nastał mój dzień! w końcu! Moja nowa Era! Młody! Czekałem na Ciebie! SIADAJ! Na co czekasz, wyrwij mnie z tego garażu i pokaż co potrafisz! – wiadomo nie potrafiłem jeszcze nic, ale szybko to się zmieniło. Ile ja się wytłukłem tym sprzętem po polach to wie tylko moja część pleców w którym traci swoją szanowną nazwę, a wartość benzyny jaką przepaliłem zanim to mogłem robić legalnie przekracza zapewne dług publiczny Republiki Konga. Suma sumarum wszystko się tak ułożyło, że teraz mam Zephyra 550 i jestem z niego mega zadowolony (coś podejrzewam, że będę miał go do końca moich dni). Chociaż jak już mi się uda szczęśliwie wzbogacić, planuję poszerzyć mój asortyment.

Pora kończyć te wywody i przejść do konkretów związanych z tematem. Mianowicie, wraz z plecaczkiem na długi weekend majowy wybraliśmy się w Bieszczady. Postanowienia? Standardowo minimalizacja użycia telefonu, internetu i przede wszystkim, żeby skały srały, żadnego GPS! tylko przestarzała papierowa mapa w okienku tankbagu i życzliwość miejscowych w odnajdywaniu drogi. Generalnie nastawienie na odstresowanie i odcięcie od wiadomości ze świata.
http://images66.fotosik.pl/895/11d6d140e9ef6610med.jpg
Pierwszy dzień startujemy koło godziny 9 z okolic Sandomierza, kierunek Sieniawa. Po drodze zaliczamy moją standardową przygodę, czyli brak paliwa. Ujechaliśmy raptem jakieś 40km, nie tankowałem wcześniej, bo według wskazań było pół baku. Mam wrażenie, że wariowanie to jest związane z zamontowanym filtrem paliwa, który się zapowietrza. Podejrzewam tak na podstawie, tego że jak mi kiedyś brakowało to do punktu kontrolnego w baku wchodziło jakieś 3 litry wachy więcej. Przypadek? Nie sądzę. Ciekawe jest też to, że w moim Zephyrze nie zmienisz na rezerwę w trakcie jazdy tylko trzeba się zatrzymać, zgasić, chwilę poczekać i dopiero można jechać. Tankujemy, rozbawieni sytuacją oraz faktem, że przerwa na sikanie pozwoli nam zmniejszyć  spalanie, przez redukcję masy, jedziemy dalej. Dojeżdżamy do Sieniawy, bez większych przygód. W Sieniawie nieco rozczarowaniu dworkiem, całkowicie przerobionym na infrastrukturę hotelową (jedyny plus każdy legalnie może wjechać pod same drzwi).
http://images66.fotosik.pl/895/e769d4eaa4de80aemed.jpg
Jedziemy dalej, tym razem zamiast krajówki obieramy mniej, jak nam się wydaje, uczęszczane drogi. W pełnym słońcu docieramy do Jarosławia. Przejazd ulicami miasta - jest nieźle, ładne miasto z historią, zwiedzamy jakiś kościół za murami obronnym o ciekawej budowie. Po rozmowie z Sebixem z Golfa obieramy kierunek na „rynek” co ciekawe dojeżdżamy na sam rynek. Tam pusto. Zero turystów, jedynie tubylcy sączą trunki wysoko procentowe pod ratuszem, nieźle. Tutaj jest rozczarowanie, budynki ładne pod względem architektury, miasto z potencjałem ale zaniedbane. „Starówka” to nie miejsce kultu turystów z dużych aglomeracji z nastawieniem na posadzenie dupy w ogródku piwnym, a punkt zlotów okolicznych mieszkańców do miejsc handlowo-usługowych. Czujemy się troszeczkę zażenowani, robimy tylko rundkę w koło ratusza i ruszamy dalej (użalając się nad tym cudownym miejscem z niewyobrażalnym potencjałem większym po 100 kroć od Sandomierza). Na pocieszenie zostaje tylko to, że w Sandomuierzu wszystko wyglądało tak samo jeszcze jakieś 15 lat temu. Może i do Jarosławia dotrą zmiany, bo nadmienić trzeba, że infrastruktura drogowa okolicy zachwyca, może teraz te drogi doprowadzą tutaj ludzi z większym polotem i aspiracjami do rozwinięcia potencjału turystycznego. Nie wiem w czym jest problem, bo pieniądze raczej są, tylko nie ma chęci, żeby się schylić i ten wygodny stan rzeczy zmienić. Nie ma co się rozwodzić. Lecimy dalej w tempie ekspresowym, bo pojawiają się chmurki, do Przemyśla. Odnajdujemy Mac Cafe i decydujemy się na szybką kawkę.
http://images66.fotosik.pl/895/2489387b620affd6med.jpg
Jednak kawa się przedłuża, bo zgadujemy się ze znajomymi przebywającymi w okolicy i postanawiamy zwiedzić forty Twierdzy Przemyśl. niewiele wiemy na ten temat, nikt z naszej paczki tam nie był oprócz mnie, więc robię za przewodnika. Byłem tutaj jakieś 12 lat wcześniej jadąc z wycieczką do Lwowa. Prowadzę. Kierujemy się w stronę granicy, pamiętam jedynie że trzeba gdzieś skręcić w prawo, jednak nieświadomie przejeżdżamy właściwą drogę i dojeżdżamy do granicy państwa w Medyce. Brak paszportów i zielonych kart, odbija nas od granicy jak od materaca przypiętego do ściany na lekcji WF. Pamiętam jedynie , że cudowny fort który ocieka okazałością w mej pamięci, znajduje się przy samej granicy. Wracając skręcamy  w pierwszą asfaltową drogę w lewo (jadąc od Medyki na Rzeszów). Jadąc tą drogą napotykamy drogowskaz na fort, uradowani śmigamy nową asfaltową wąską dróżką, która przed samym fortem zmienia się na kamienistą ale świetnie przygotowaną i ubitą. Fort jednak mały i to nie ten którego szukaliśmy.
http://images70.fotosik.pl/894/7d44a273d792d712med.jpg
Zasmuceni, że nie było co oglądać wracamy do drogi na wieś Siedliska i kierujemy się nią dalej. Tam zaczyna mi coś świtać i we wsi Siedliska na zakręcie głównej drogi o 90 stopni jedziemy na wprost. Docieramy do dzikiego parkingu przed bramą do rezerwatu i uderzamy dalej pieszo. Docieramy (pod eskortą straży granicznej) do Fortu I Salis-Sorgio.
http://images66.fotosik.pl/895/f9a4b62a446801c2med.jpg
Do fortu, jest generalnie zakaz wstępu, ale wiadomo nikt sobie z tego nic nie robi. Warto pamiętać i zaopatrzyć się w latarkę (jak zrobił to mój wspaniałomyślny i przewidujący plecaczek). Zwiedzanie wszystkich zakamarków fortu zajmuje nam ponad godzinę, nieustannego spacerku wraz z burzą mózgów, co do zastosowań pomieszczeń i elementów. Jedynym elementem nie budzącym podejrzeń co do zastosowania jest toaleta wraz z ciekawym systemem kanalizacji. Pod koniec zwierzania łapie nas deszcz kryjemy się w forcie, ale że robi się późno, a z cukru nie jesteśmy więc uderzamy dalej. W planach było jechać wzdłuż granicy, aż do Krościenka, jednak ze względu na to, że po drodze paliwo znowu zwariowało, niepewni zawartości baku wracamy do Przemyśla i tankujemy. Rozstajemy się ze znajomymi, jadącymi również na oparach, jedziemy każdy w swoją stronę. Przestaje padać. Uderzamy w kierunku Krościenka, przez Kalwarię Pacławską. Droga, jak to droga w Polsce, bez rewelacji, jednak za miejscowością Huwnik dojeżdżamy do nowego rewelacyjnego asfaltu. Coś pięknego, zerowy ruch fajne zakręty, na leśnej trasie! Zastanawiamy się, dlaczego na takim (za przeproszeniem) zadupiu taki asfalt, wszystko staje się jasne gdy dojeżdżamy do Arłamowa. Miliardowa inwestycja z dala od cywilizacji, kapitalna sprawa. Cieszymy się dalej rewelacyjną drogą do Jureczkowa, gdzie dojeżdżamy do drogi wojewódzkiej w kierunku Krościenka. Podjeżdżamy obadać granicę państwa, ale nic się nie zmieniło. W ciągu ostatnich 4 godzin nic się nie zmieniło. Dalej nie chcą nas wypuścić z terenu Unii. Uradowani faktem, że jesteśmy filarem tego kraju -czujemy się potrzebni, aż robi nam się słabo z głodu. Zdajemy sobie sprawę, że jest już późno, a my oprócz kawy od śniadania nic w buziach nie mieliśmy. Szukamy czegoś do jedzenia, poszukiwania nabierają na sile w Ustrzykach Dolnych. Jedziemy, a tu za czymś na co mielibyśmy ochotę ani widu, ani słychu. W końcu! na wylocie z Ustrzyk dostrzegamy znak oznajmiający, że w Ustrzykach jest najlepsza pizza w Bieszczadach! Zawracamy i jedziemy to zweryfikować, odnajdujemy knajpę. Plecak głodny zsiada i leci do lokalu zająć ostatni wolny stolik, wypatrzony przez szybę. Zaczyna padać, więc ja szukam miejsca, żeby ustawić moto w jakimś w miarę suchym miejscu. Znajduje daszek, stawiam moto, a tu w momencie w około mnie robi się czarno. Ja w kasku niewiele słyszę, nie wiem o co chodzi. Ściągam tank bag, zabieram co się da i próbuję odejść. Wtedy słyszę od starszej Pani, na którą odruchowo patrzę (bo widzę, że coś chce): -Papierosa? nauczony, że w Krakowie jak ktoś do Ciebie podbija, to próbuje na Tobie coś wysępić, odpowiadam, że nie dziękuje robiąc umoralniające spojrzenie (nałogi są jednak dla ludzi, które na nich stać). Próbuję odejść dalej i wtedy słyszę, od tej samej kobiety: -Wódeczki. I wszystko staje się jasne. Kobieta diluje nielegalnym towarem! Przypominają mi się czasy, jak byłem tutaj 15 lat wcześniej na nartach i było to samo. Obdarowywuję kobietę serdecznym uśmiechem i bardzo jej dziękuję, czego jak się potem okaże, będę bardzo żałował. Idę do knajpy, pierwsze co zamawiam duże grzane dla plecaczka i małe zimne dla siebie, zamierzam chwile tu spędzić, więc śmiało piwko mogę wypić przed dalszą drogą.
http://images66.fotosik.pl/895/760451abf703d248med.jpg
Czekamy na jedzonko, pełni nadziei jaka ta pizza nie będzie wspaniała. Nieuprzejmy Pan donosi nam piwo, a chwilę później pojawia się pizza. Jesteśmy w szoku, że tak szybko. Nie wiem, albo byliśmy mega głodni, albo faktycznie pizza była mega dobra i zaginała pałę wszystkim dobrym Pizzerią, które do tej pory miałem w swoim rankingu. Ja oczywiście na ostro, a plecaczek rybka. Świetne miejsce pod względem jedzenia, ale nie jest to przewodnik kulinarny, więc postaram się więcej do tego nie wracać. Jedynie polecam, bo warto spróbować. Po posiadówce i napełnieniu żołądków udajemy się dalej w kierunku naszej bazy noclegowej, uprzednio dolewając paliwa na Wielką pętlę bieszczadzką. Śpimy w pensjonacie Wesoły Diabeł w Lipiu obok Czarnej. Po dojechaniu na miejsce zła karma znowu wraca i kara plecaczek upadkiem kasku, w którym obrywa się szybka, psuje mocowanie i jest dotkliwie porysowana. Zasmuceni wchodzimy do budynku. Super miejsce, bardzo mili właściciele, dostaje nam się pokój w stylizacji myśliwskiej.  Łóżko wygodne, padamy jak muchy. W pensjonacie jest miejsce na moto w takim „szałasie”, ale kawałek od domu. Ja wybrałem opcje schowania go pod taras, która okazała się konieczna w nocy, gdyż zaczęło już na dobre lać.
     Kolejny dzień wita nas zachmurzonym niebem ze sporą wilgotnością powietrza, jednak bez deszczu. Zadowoleni napełniamy brzuszki przepysznym śniadankiem podanym do łóżka z pysznymi swojskim chlebem. Czesi są szybsi, my dopiero jemy oni już gotowi.
http://images67.fotosik.pl/895/6bc797a6b0aa8a6fmed.jpg
Rozgrzewamy moto i w trasę. I tu dzieją się dziwne rzeczy, chłopaczek na rowerze do złudzenia przypominający mnie z dzieciństwa nieustannie nas obserwuje i stoi w drodze gdzie zamierzałem jechać. Podjeżdżam, coś mnie tknęło, więc pytam się młodego człowieka o tą drogę. On udziela nam obszernej informacji (na oko 5 klasa podstawówki, a z rozmowy 2 klasa liceum, naprawdę dojrzały jak na swój wiek i niesamowicie otwarty). Po poinstruowaniu nawracamy i ruszamy tak jak wieczorem przyjechaliśmy do Czarnej. Dojeżdżamy do drogi wojewódzkiej, na skrzyżowanie Wielkiej pętli bieszczadzkiej z Małą pętlą bieszczadzką. Mimo pogody postanawiamy oblecieć Wielką pętlę. Ruszamy, po 5km ubieramy kombinezony przeciw deszczowe. Za Smolnikiem skręcamy w kierunku miejscowości Chmiel, żeby zobaczyć „kaskady chmielowe”. Leje już konkretnie. Widoczność słaba, przed miejscowością Chmiel decydujemy się przejechać przez San po drewnianym moście i kierujemy się na Brzegi Górne. W  miejscowości Drewnik łapią mnie wielkie wyrzuty sumienia, że nie zrobimy Wielkiej pętli w całości tylko idziemy na skróty, leje konkretnie. Zatrzymuje się i oznajmiam, że wracamy do Wielkiej pętli tam gdzie z niej zjechaliśmy. Spotykam się ze sporym niezadowoleniem plecaczka, ale to ja trzymam kierownice więc robię co powiedziałem- nawracam.
       I tutaj zła karma wraca i potęguje swoje działanie. Mianowicie przejeżdżając przez wspomniany wcześniej drewniany most stało się coś nadzwyczajnego. Do tej pory nie rozumiem jak do tego doszło, że tak obciążony motocykl jadący na wprost bez żadnych gwałtownych ruchów ląduje na moście wraz z nami i to w taki ciekawy sposób, że tor naszej wcześniejszej jazdy przebiega przez środek leżącego motocykla. Jakby jakaś nadprzyrodzona siła pchnęła koła do środka mostu, nas wywracając na prawą stronę. My wystrzeliwujemy jak 2 pociski jeden za drugim ślizgając się po deskach, istne lodowisko. Ja prawie ląduje w Sanie. Ratuje mnie tylko drewniana barierka w którą wbija się mój obojczyk, ratując mnie przed zmieszczeniem do dziury w barierce. Gdybym, jednak się zmieścił byłoby naprawdę nieciekawie, gdyż koryto rzeki nie jest tam pokryte piaskiem, lecz rzeka płynie tutaj po litej skale ukształtowanej w sposób kaskadowy z wystającymi elementami, a poziom wody jest stosunkowo niski, więc nic by nie zamortyzował. W najlepszym wypadku bym był połamany, a w najgorszym stracił bym przytomność i na wskutek jakiegoś krwotoku, bądź straty przytomności i zakrztuszenia wodą bym zmarł. Plecaczek przygnieciony przez moto miał krótszą drogę podróży, gdyż dodatkowo zatrzymał się na moim tyłku. Pierwsze oczywiste szybkie pytania do plecaczka o jej stan, wszystko inne jest nieważne. Pierwsze informacje są na tyle dobre, że aż nie dowierzam upewniam się i faktycznie wydaje się ok. Podnosimy się odcinamy zapłon i dźwigamy moto. Moja druga laleczka na pierwszy rzut oka ucierpiała, jednak nie aż tak strasznie, pojawia się wielka nadzieja i wielkie pytanie: Pojedzie dalej? Opuszczamy ślizgawkę, przepychamy moto na asfalt na 2 końcu. Nie interesuje mnie co mi jest, ważne są tylko moje laleczki. Przyglądam się Natalii, wydaje się faktycznie sprawna, tylko brudna. Z drugą panienką nie jest już tak wesoło. Podczas przepychania moto odkrywam opór w toczeniu spowodowany przednim hamulcem. Myśli są czarne. Lusterko się o dziwo nie stłukło. Jednak jego mocowanie wraz z klamką hamulca wybrało się na spacer w inny rejon kierownicy, ja kluczy oczywiście nie mam, więc radzę sobie prymitywnymi siłowymi sposobami. Oglądam bok na którym był ślizg, bak nie jest wgnieciony, akcesoryjne podnóżki się chyba złożyły więc też jest ok, dźwignia hamulca tylnego wydaje się nietknięta. Tłumik na końcu jest porysowany, lecz lekko. Możliwe, że ugięło się jego mocowanie. Najbardziej oberwał crash pad, który zamontowałem po latach użytkowania spotkawszy się z dezaprobatą niektórych użytkowników Zephyra (jestem wdzięczny sam sobie, że nie posłuchałem). (ZDJĘCIA PRZED CAŁOWANIEM MOSTU)
http://images70.fotosik.pl/894/f3f94a2878aeb6e8med.jpg
http://images66.fotosik.pl/894/de8b57698a392aa5med.jpg
http://images68.fotosik.pl/894/0093da88b241e338med.jpg
Jednak to on ucierpiał najwięcej i uratował przy tym nie tylko pług, dźwignię hamulca, pokrywę silnika lecz również nogę moją i mojej pasażerki! Oglądam go (ZDJĘCIA SĄ Z KOLEJNEGO DNIA).
http://images68.fotosik.pl/894/8130349a0e62e1ebmed.jpg
Sam crash jest obdrapany z farby i lekko przytarty, jednak jego mocowanie już nie wygląda tak ciekawie. Pierwszą najbardziej widoczną zmianę ma guma amortyzująca silnik do ramy. Wyskoczyła ze swojego miejsca i ją wykrzywiło.
http://images70.fotosik.pl/894/871886f19e65d198med.jpg
Siła była duża masa motocykla plus dwójka jeźdźców z lekkim bagażem spowodowała, że śruba mocująca crash pad kupiona w najlepszej możliwej jakości 12.9 ulega. Wygina się, ale na szczęście w nieszczęściu nie pęka.
http://images66.fotosik.pl/895/ceaef55f6ba2892fmed.jpg
Nie jest źle, jestem w dodatkowym szoku, jednak dostrzegam, że możliwe, że rama uległa lekkiemu wygięciu.
http://images68.fotosik.pl/894/ed70f2b308f5517emed.jpg
Z daleka widzę, że most jest nieźle przeorany crashem.
http://images68.fotosik.pl/894/d99634c4d72818abmed.jpg
(znajomi zrobili zdjęcie na 2 dzień, w pierwszej chwili gorzej to wyglądało)
Poprawiam w moto co się da, decyduje się próbować jechać dalej. Hamulec wydaje się już ok. Moto odpala, silnik nie drży, mocowanie do ramy wydaje się, że da rade. Siadamy i ruszamy powolutku w kierunku Wielkiej pętli. Nie jestem przekonany, czy wszystko jest w porządku, mam wrażenie, że prowadzi się jakoś dziwnie, jakby geometria się zmieniła. Jestem załamany, jadę dalej i testuję. Dojeżdżamy do Pętli. Pojawia się pytanie: wracamy do ośrodka , czy jedziemy dalej. Jedno spojrzenie na Natalię i wątpliwości rozwiane… WALIMY DALEJ! Co będzie, to będzie. Jedziemy spokojnie i bardzo ostrożnie w ciszy. Mnie powoli dopada wstyd. Pierwsza gleba i to jeszcze z plecakiem. Postanawiam nikomu nie mówić, co się wydarzyło. Jadę dalej łączę fakty, dostrzegając we wszystkim jakiś sens mimo, że możliwe, że go nie było. Widząc stan drogi na zakrętach w deszczu, gdzie lecą strumienie wody z pobocza nanosząc piasek, stwierdzam że to na pewno były znaki. Młody rano ostrzegał nas w mało oczywisty sposób, nie posłuchaliśmy, więc dostaliśmy jasny przekaz. Nawróciliśmy z wcześniej wyznaczonej przez Natalię trasy. Dostaliśmy ostateczne ostrzeżenie, aby zmorzyć uwagę. -Chcesz jechać to uważaj i nie przesadzaj na zakrętach. Podporządkowujemy się. Pogoda jest tragiczna, żabami rzuca na potęgę. Kawa jedzie coraz lepiej, zdaję sobie sprawę, że z lalą najprawdopodobniej jest w miarę dobrze, a wina jest po stronie mojej psychiki. Ostrożnie nawijamy kilometr za kilometrem wielkiej pętli. Totalnie przemoczeni i zziębnięci (przeciwdeszczówki nie wytrzymały próby z mostem). Szukamy jakiegoś lokalu, gdzie moto można postawić pod zadaszeniem i dodatkowo wypić kawkę i zjeść ciasto. Znajdujemy dziwny bar wyglądający na mleczny, wyjątkowo mały (3 stoły w środku reszta na zewnątrz) jednak nie przybyliśmy tutaj w celach estetycznych, a po to aby się zregenerować i ogrzać. Ważne, że moto stoi pod parasolem przed lokalem, można mu się jeszcze przyglądnąć -nie jest źle. Ledwo daję radę wyciągnąć portfel i zapłacić. Zdaję sobie sprawie ile we mnie ciągle znieczulających emocji. Widzę, że nawet moja cudowna kurtka scotta się poddała i zakumplowała z wodą. Przez ten cały wypadek zapomniałem chociażby zatroszczyć się o telefon, który był w takim miejscu, że był podatny na wszystkie czynniki atmosferyczne. Skutkuje to tym, że mój wspaniały smartshit ulega zalaniu – zła karma nie odpuszcza, można było kupić te fajki i wódkę. Plecaczek pod tym względem był bardziej przewidowywujący. Dzięki temu mamy chociaż jeden telefon. Ogrzewamy się zalewając całą knajpę. Woda z nas ścieka i wycieka. Tworzą się kałuże pod spodem. O dziwo kelnerka nie jest zła. Po bardzo dobrej kawie i jeszcze lepszej szarlotce wybywamy dalej, przepraszając oczywiście za pozostawioną wodę. Dalsza droga mija nad moim rozmyślaniem nad owiewką (co by było, gdyby była) i oglądaniu zapiaszczonych zakrętów. Po kolejnych xx kilometrach zatrzymujemy się na przystanku w celu osuszenia rękawic nad silnikiem.
http://images70.fotosik.pl/894/299c193fd585e862med.jpg
Odkrywamy, że znajomi są w Polańczyku i usilnie się do nas dobijają. Namawiają nas na grilla. Grill w taką ulewę? No ok, w sumie my nie mamy już nic do stracenia. Gorzej być nie może. Oni w puszcze najwyraźniej nie zdają sobie sprawy, co ich czeka. Jedziemy do Polańczyka, w Hoczewie skręcając na Małą pętlę. Tankujemy w Polańczyku i szukamy ich morskiej puszki po całej miejscowości. Po 20 minutowym błądzeniu po miejscowości i odkrywaniu jak zmieniła się przez ostatnie 15 lat odnajdujemy ich i auto. Okazało się, że przyjechali na żagle pobudzeni przez wczorajsze wojaże w fortach, jednak nie ma wiatru, ale mają grilla w bagażniku. Kupujemy mięsiwo i uderzamy na Małą pętlę w celu znalezienia przytulnej, dzikiej miejscówki. Znajdujemy ciekawe miejsce, zjeżdżamy gasimy maszyny, ścigamy kaski i co? Deszcz ustaje, cud. Mam piwo w tankbagu, postanawiam je wypić po tych wszystkich przygodach. Spotykam się z dezaprobatą otoczenia, ale walić to.
http://images70.fotosik.pl/894/0e3a79a09b6bea85med.jpg
Moje ukochane są ranne, mam prawo podleczyć swoją duszę (po prawdzie to wiem, że spędzę tutaj ze 3h więc piwko zmetabilizuje). Każdy wzrok pogardy okazał się wzrokiem zazdrości, sączymy moje piwko w czwórkę. Grillujemy na całego.
http://images68.fotosik.pl/894/5752904351746a32med.jpg
Tak, wiem, że na grillu nic nie ma, ale ta ładniejsza część naszych znajomych odkrywa w sobie zapędy piromanki i trzeba poczekać, aż wypali całą rozpałkę i pół lasu. Pogoda się poprawia, nawet przebija słonko! Jest dobrze! Powoli wychodzi z nas zimno, grillowanie i rozmowy dobiegają końca, pora lecieć w swoją stronę. Natalia nie ma już ochoty kończyć Wielką pętlę, chce do pensjonatu. Postanawiam już ją słuchać (chociaż do końca tego dnia ). Droga jest już tylko miejscami mokra, ale cały czas zapiaszczona. Jedzie się coraz lepiej, ale dalej z wielką rezerwą śmigamy po winklach. Dojeżdżamy do Czarnej, udajemy się na zakupy płynów i wracamy do pensjonatu.
http://images68.fotosik.pl/894/fb8e0bb076c73fe4med.jpg
Parkujemy moto pod tarasem i udajemy się leczyć zranione ego.
http://images70.fotosik.pl/894/01c125f5b6a20097med.jpg
    Ostatni dzień wita nas mlekiem za oknem. Nomen omen jest dobrze. Bez pośpiechu, oporządzamy siebie, jemy śniadanko podane do łóżka.
http://images66.fotosik.pl/895/6283140365c9932fmed.jpg
.Pakujemy się. W między czasie się rozpogadza.
http://images66.fotosik.pl/895/add3df16e626f24fmed.jpg
http://images68.fotosik.pl/894/196278b522a34f00med.jpg
Jeszcze bez planu. Płacimy za pensjonat i ładujemy się na moto w towarzystwie uroczej młodej damy, której uśmiech z twarzy znika, a pojawiają się łzy, jak odpalam moto. To już nie pierwsze dziecko, które tak reaguje na jego poranne odpalanie (to samo było w Niedzicy na jesieni, gdzie potem czekał nas piękny dzień). Serwuje dziewczynce serdeczny uśmiech w formie podziękowania za ten znak.
http://images66.fotosik.pl/895/e9ab268a11e98a2dmed.jpg
Ruszamy, kierujemy się na skrzyżowanie Pętli. Tam Natalia oznajmia, że to nie jest dzień na Wielką pętlę (już planuje kolejną wyprawę, jest dobrze!). Lecimy Małą pętlą nad Solinę. Opony szybko łapią odpowiednią temperaturę. Zadowolony z pogody jadę z bananem na twarzy serdecznie wszystkich pozdrawiając. Banan rośnie z każdym zakrętem. Szczerze przyznam, obawiałem się tego dnia, że po wczoraj będę miał podświadome hamulce, które nie pozwolą mi czerpać garściami z naszych umiejętności, a tylko będą je delikatnie muskać. Czyścimy opony.
http://images68.fotosik.pl/894/9a839e7a4fcaaa1fmed.jpg
http://images69.fotosik.pl/894/0cb018a0a30c6d88med.jpg
http://images69.fotosik.pl/894/94c3d5aa6b01edf9med.jpg
http://images66.fotosik.pl/895/553e7a678f7071ffmed.jpg
http://images69.fotosik.pl/894/ebaecd802e657c1fmed.jpg
http://images69.fotosik.pl/894/7268541e0f7f31f4med.jpg
Śmigamy dalej, dzisiaj już nie jesteśmy jedynymi motocyklistami na drodze. Przed nami na drogę wjeżdża większa grupa. Przyznam, że nie lubię, jak ktoś dyktuje mi tempo, albo ja komuś. Ta grupa wybitnie mi się nie podoba. Mistrzowie prostych na mocnych maszynach. Daje gest Plecaczkowi. Zaczynamy zabawę, weryfikujemy umiejętności pozostałych jeźdźców. Szybko wysuwamy się na czoło kolumny. W lusterku widzę paru gniewnych łamiących szyk i podążających za mną, żeby pokazać co ich wspaniałe maszyny potrafią. Jednak serpentyny gaszą ich zapędy, do tego stopnia, że znikają mi z luterek nawet na prostych. Rozbawieni na maksa jedziemy dalej wciąż swoim tempem. W Solinie parkujemy, obok dużej grupy z Wielkopolski. Zastanawiamy, się co oni wczoraj robili, że ich plastiki są takie czyste (nasz jest cały pokryty piachem „umorusany gorzej jak po Dakarze”), chyba grubo chlali.
http://images69.fotosik.pl/894/8609a921533077f0med.jpg
http://images67.fotosik.pl/895/754ebac73a99cfdfmed.jpg
http://images70.fotosik.pl/894/0bc11d8874cec84amed.jpg
http://images67.fotosik.pl/895/aa1b9eda12091b6bmed.jpg
http://images68.fotosik.pl/894/5d3dd3f87fe2b1cemed.jpg
Odchodząc spotykam się nie pierwszy raz w czasie tego wyjazdu z komentarzem na temat mojego moto, ludzią zazwyczaj bardzo się podoba, jednak tym razem Natalia ledwo powstrzymuje mnie przed daniem facetowi w zęby. Za co? Nie pytajcie. Idziemy nad zaporę, tłum nas przytłacza, kilka szybkich pamiątkowych zdjęć,
http://images66.fotosik.pl/895/41b1484aafeaf586med.jpg
http://images67.fotosik.pl/895/7c16573d0e8cc150med.jpg
http://images67.fotosik.pl/895/293cfe2912f1743cmed.jpg
zakupy na stoiskach i śmigamy dalej. Kierujemy się do Myczkowiec na drugą zaporę. Tutaj miłe zaskoczenie ruch turystyczny prawie zerowy, można wejść na tamę (kiedyś z tego co pamiętam się nie dało) ławeczki, korzystamy robimy kilka fotek i lecimy dalej.
http://images70.fotosik.pl/894/2c428d9a2faebbdemed.jpg
Nasz cel? Lesko. Przejeżdżamy przez Lesko, nie ma tutaj nic ciekawego. Stajemy na Lotosie na szybkie sikanie, podziwiam czyste maszyny kolejnych przedstawicieli Wielkopolski i lecimy dalej. Przypominam sobie, że czytałem kiedyś że jadąc za biedronką w prawo jest coś ciekawego, zaopatrujemy się w zimną Pepsi i jedziemy to sprawdzić. Dojeżdżamy za znakami do Szybowiska w Bezmiechowej Górnej. Świetne miejsce z pięknym widokiem na całe Bieszczady, widać nawet Solinę.
http://images67.fotosik.pl/895/a3f6f2e7dade6334med.jpg
Wylegujemy się na polanie podziwiając okolicę, delektując się zimnym napojem i rogalikami.
http://images69.fotosik.pl/894/26d6f43ceabf1decmed.jpg
Pogoda się nie zmienia! Jest cudownie, ale trzeba jechać dalej, jeszcze sporo przed nami.
http://images70.fotosik.pl/894/b5e02cc758f2fb44med.jpg
http://images70.fotosik.pl/894/b95ac181335395d6med.jpg
http://images67.fotosik.pl/895/cd9152b6f8c2dff9med.jpg
http://images67.fotosik.pl/895/5a1ddb6753f52e95med.jpg
Mamy odmienne zdania, co do wyboru dalszej trasy, postanawiamy jechać dalej i po drodze podjąć decyzje. Mam po drodze jeszcze jedną atrakcje dla Natalii, ale nic jej nie mówię. Jedziemy Sanok-Krosno, przed Miejscem Piastowym ponownie brakuje nam wachy. Rozbawieni po całości dojeżdżamy do Krosna, gdzie tankujemy. Potem jedziemy do Odrzykonia podziwiając remonty w Krośnie i nigdzie niezaznaczone fotoradary. Aktualnym punktem docelowym są ruiny zamku Kamieniec.
http://images67.fotosik.pl/895/4986dd80df4506fdmed.jpg
Dojeżdżamy na miejsce, jednak Natalka nie jest zainteresowana, więc ruszamy dalej.
http://images66.fotosik.pl/895/263c05e4e6c61253med.jpg
W kierunku na Ropczyce skręcamy z 991 na Wysoką Strzyżewską i na tym krótkim odcinku drogi od 991 do 988 szalejemy po całości! Upewniam się, że hamulce puściły i raduje się z każdego zakrętu póki one są. Potem lecimy 986 do Ropczyc, kawałek 94 do Sędziszowa i potem mega nudną i prostą drogą 987 do Kolbuszowej. Zaczęło się, ruch się nasila. Wjeżdżamy na krajową 9 i lecimy do mojego domu rodzinnego, gdzie myjemy moto, grillujemy i przesiadamy się do puszki. Ostatecznie lądujemy o 2 w nocy w Krakowie.

Ostatnio edytowany przez mztka (2015-05-17 14:11:54)

Offline

 

#2 2015-05-11 00:59:49

 PalaszD

Platynowy Zlotowicz                      Administrator

1040198
Call me!
Skąd: Września
Zarejestrowany: 2012-03-01
Posty: 6035
Punktów :   39 
Motocykl: ZR1100, GTR1400, Ogar200
WWW

Re: Rozdziewiczenie w Bieszczadach.

No powiem, że było co czytać
Dorzuć jeszcze zdjęcia i będzie GIT

Kiedy robiliście tą traskę?
Zainteresowałeś mnie tym fortem Salis-Soglio i tym skrętem za Biedronką w Lesku jak będę w tych okolicach znów, to wlecę to zobaczyć

Możesz też dorzucić ewentualnie mapkę tej podróży


Kawasaki Zephyr - jedyny słuszny

Offline

 

#3 2015-05-11 06:06:16

 speedward

Platynowy Zlotowicz

Skąd: woj.lubelskie
Zarejestrowany: 2010-10-06
Posty: 1220
Punktów :   15 
Motocykl: Kawa ZR 1100

Re: Rozdziewiczenie w Bieszczadach.

Ciekawa historia, wyprawa z przygodami, ogólnie fajny tekst.Czekamy na foty.


Perła? Jasne!

Offline

 

#4 2015-05-11 07:50:18

 Borknagar

Platynowy Zlotowicz

Skąd: Krk
Zarejestrowany: 2013-09-19
Posty: 535
Punktów :   
Motocykl: Awasaki Zetor

Re: Rozdziewiczenie w Bieszczadach.

Stary, weź podziel ten tekst na jakieś akapity, takiej ściany tekstu nie da się czytać.


Bo motocykl to pierwotna magia, siła zakutego w żelazo Templariusza z poszczerbionym mieczem, na zbryzganym krwią, czarnym, słaniającym się na nogach koniu. (http://http-riderblog-pl-in.riderblog.pl/)

Offline

 

#5 2015-05-11 10:36:13

 piodabro

Zlotowicz

1860506
Skąd: Gdańsk
Zarejestrowany: 2014-08-02
Posty: 686
Punktów :   28 
Motocykl: ZR550B '94
WWW

Re: Rozdziewiczenie w Bieszczadach.

Popieram
Ściana tekstu, że trudno się przebić.

Offline

 

#6 2015-05-11 11:44:40

 mztka

Użytkownik

Zarejestrowany: 2014-09-17
Posty: 154
Punktów :   

Re: Rozdziewiczenie w Bieszczadach.

Wiem, niestety forum jest ubogie opcje edycji tekstu. Ja to z Worda przekleiłem. Pobawie się, jak znajdę wiecej czasu (Zdjęcia powinny załatwić sprawę)

Offline

 

#7 2015-05-11 18:37:16

 speedward

Platynowy Zlotowicz

Skąd: woj.lubelskie
Zarejestrowany: 2010-10-06
Posty: 1220
Punktów :   15 
Motocykl: Kawa ZR 1100

Re: Rozdziewiczenie w Bieszczadach.

Ściana tekstu..nikt tu nikogo nie zmusza do czytania.Mateo dawaj foty Natalli i motoru(motocykla).


Perła? Jasne!

Offline

 

#8 2015-05-11 22:57:20

 Yamamoto

Srebrny Zlotowicz

Skąd: Trzebieńczyce
Zarejestrowany: 2011-09-04
Posty: 2312
Punktów :   31 
Motocykl: Jamok350,Jap crap,Zetorex1200

Re: Rozdziewiczenie w Bieszczadach.

1) Ściana tekstu odrzuca.
2) Osłony silnika nikt nie hejtował. Crashe IMO zbyt nowoczesne.
3) Prowadziłeś moto po alkoholu???????????????????????????????????
4) Zebaeś koniec. Czemu powrót jak nei człowiek?


BieszCzad Blues gra....

Ostatnio edytowany przez Yamamoto (2015-05-11 23:00:47)


Cierpię na kompleks dużego brzucha i małego fiuta.
Motto: http://www.youtube.com/watch?v=vM-jF6q-8Gw

Offline

 

#9 2015-05-17 14:18:47

 mztka

Użytkownik

Zarejestrowany: 2014-09-17
Posty: 154
Punktów :   

Re: Rozdziewiczenie w Bieszczadach.

OK, zdjęcia dodane. Już to nie jest ściana tekstu.

Yama, kilka łyków piwa to nie jazda po alkoholu. Ja nie siadam po 0,7 na 2 i nie jade w bieszczady jak Ty (Tak, czytałem twoje opowiadanie)
Czemu powrót jak nie człowiek? (domyślam się, że chodzi o powrót autem) Z tego samego powodu, co Ci już na fb pisałem (zrezygnowałem na jesieni z wynajmu garażu w Krk).

Ostatnio edytowany przez mztka (2015-05-17 14:19:33)

Offline

 

#10 2015-05-17 21:02:38

 Siedem

Zlotowicz

Skąd: Kraków
Zarejestrowany: 2013-02-01
Posty: 128
Punktów :   
Motocykl: Był ZR 550 jest Yamaha BT1100

Re: Rozdziewiczenie w Bieszczadach.

Pozazdrościć fajnej wyprawy, miłych przeżyć,
pięknych widoków przed kaskiem i za

szkoda, że CAŁE wrażenie psuje ten tekst

mztka napisał:

kilka łyków piwa to nie jazda po alkoholu

pamiętaj, że w Twoich rękach oprócz kierownicy
trzymasz życie Swoje i Natalii...

.

Offline

 

#11 2015-05-17 21:19:08

 PalaszD

Platynowy Zlotowicz                      Administrator

1040198
Call me!
Skąd: Września
Zarejestrowany: 2012-03-01
Posty: 6035
Punktów :   39 
Motocykl: ZR1100, GTR1400, Ogar200
WWW

Re: Rozdziewiczenie w Bieszczadach.

Super foty, opis widzę,  ze się troszkę zmienił,  jutro na spokojnie poczytam
Więcej takich opisów poproszę


Kawasaki Zephyr - jedyny słuszny

Offline

 

#12 2015-05-17 21:47:51

 mztka

Użytkownik

Zarejestrowany: 2014-09-17
Posty: 154
Punktów :   

Re: Rozdziewiczenie w Bieszczadach.

Faktycznie, zbytnie uproszczenie wprowadziłem.
Żeby było jasne- jestem stanowczym przeciwnikiem jazdy po alkoholu kiedy to oznacza jazdę POD wpływem jakimkolwiek, nawet nie odczuwalnym! To jest skrajnie nieodpowiedzialne! Sam nigdy pod wpływem nie prowadziłem i nie zamierzam. Należy pamiętać, że o jeździe po alkoholu powinniśmy mówić tylko wtedy, kiedy chodzi o jazdę pod wpływem. (no bo jak wypijesz wieczorem piwo, a rano siadasz "za kółko" to jednak jest jazda po, ale nie pod wpływem, w sumie jak piłeś piwo 3 lata temu, a teraz siadasz to też jazda po, taki jest ten nasz język polski i jego logika, jednak wiadomo, że to nie jest "jazda po", ani tym bardziej pod). Ja akurat brałem pod uwagę biologię mojego organizmu. Po wypiciu małego piwa 300ml po alkoholu w organiźmie nie ma śladu już po niecałych 2h, a po dużym piwku 500ml po 3h wiadomo, sprawa jest indywidualna i zależy od organizmu jego toksykologii i metabolizmu.

Podkreślam, że nie jechałem pod wpływem, nawet znikomym i nie popieram takiej jazdy. Tak jak Siedem mówisz, kierowca bierze odpowiedzialność nie tylko za siebie ale i za innych na drodze! A jak ma to robić pod wpływem? no ja sobie takiej sytuacji nie wyobrażam.

Ostatnio edytowany przez mztka (2015-05-17 22:00:15)

Offline

 

#13 2015-05-17 22:03:45

 PalaszD

Platynowy Zlotowicz                      Administrator

1040198
Call me!
Skąd: Września
Zarejestrowany: 2012-03-01
Posty: 6035
Punktów :   39 
Motocykl: ZR1100, GTR1400, Ogar200
WWW

Re: Rozdziewiczenie w Bieszczadach.

Wszystko zależy od organizmu i czy jesteś np na czczo, czy po posiłku... sorka za :offopic:
Chyba każdy z nas jest przeciwnikiem jazdy po alko ja też takim zdecydowanie jestem
trzeba pić odpowiedzialnie i bezapelacyjnie nie kierować pojazdem w stanie upojenia

po 3 godzinach i jednym piwie nie ma na pewno śladu w wydychanym powietrzu we Francji łoją winiacze do obiadu, mogą mieć 0,5 promila (tak samo we Włoszech i kilku innych krajach) więc jedno małe piwko to nie grzech - oczywiście chyba, że ktoś ma "słabą głowę" i po takiej dawce ma zawroty głowy


Kawasaki Zephyr - jedyny słuszny

Offline

 

#14 2015-05-22 08:59:48

 Yamamoto

Srebrny Zlotowicz

Skąd: Trzebieńczyce
Zarejestrowany: 2011-09-04
Posty: 2312
Punktów :   31 
Motocykl: Jamok350,Jap crap,Zetorex1200

Re: Rozdziewiczenie w Bieszczadach.

mztka napisał:

OK, zdjęcia dodane. Już to nie jest ściana tekstu.

Yama, kilka łyków piwa to nie jazda po alkoholu. Ja nie siadam po 0,7 na 2 i nie jade w bieszczady jak Ty (Tak, czytałem twoje opowiadanie)
Czemu powrót jak nie człowiek? (domyślam się, że chodzi o powrót autem) Z tego samego powodu, co Ci już na fb pisałem (zrezygnowałem na jesieni z wynajmu garażu w Krk).

masz plusa za refleks.
Tego opowiadania co wypiliśmy po 0,7 na łeb i pojechaliśmy w Biesy nie publikowałem nigdzie. Włamałeś mi się na kompa? Tylko skąd wiedziałeś, że to tylko na służbowym jest?

Ładna trasa, dobre przygody. Fota kawy słodka. Pierwszy raz spotykam się z czyszczeniem opon na postoju.
Ograniczenia w głowie po glebie mogą wyjść później. Ja i Luna po glebie mamy problem z prawymi zakrętami.

Mam nadzieję, że na zlot nie przyjedziesz samochodem tłumacząc się, że moto daleko....


Cierpię na kompleks dużego brzucha i małego fiuta.
Motto: http://www.youtube.com/watch?v=vM-jF6q-8Gw

Offline

 

#15 2015-05-22 21:20:04

 speedward

Platynowy Zlotowicz

Skąd: woj.lubelskie
Zarejestrowany: 2010-10-06
Posty: 1220
Punktów :   15 
Motocykl: Kawa ZR 1100

Re: Rozdziewiczenie w Bieszczadach.

Dzieki za foty.
Temat zmienil tor,ale dzieki temu jest ciekawiej wiec dontyouworrychild.Czekamy na nastepne historie.


Perła? Jasne!

Offline

 

Stopka forum

RSS
Powered by PunBB
© Copyright 2002–2008 PunBB
Polityka cookies - Wersja Lo-Fi


Darmowe Forum | Ciekawe Fora | Darmowe Fora
www.rolnictwo1112.pun.pl tablica .pl zywiec siostry rybno forum domek na drzewie bajka terapeutyczna operacja glowy zastawka